Tygodnik Ciechanowski

Środa, 23 stycznia 2019

Już teraz zamów e-prenumeratę Tygodnika Ciechanowskiego. W e-prenumeracie taniej!

Jako to z „Krzyżakami” było

09.01.2005 10:00:00

Tadeusz Czarnecki, asystent reżysera Aleksandra Forda opowiada o realizacji słynnego filmu
To nieprawda, że w jednej ze scen „Krzyżaków” w dalekim tle widać pochodzącą z całkiem innej epoki historycznej ciężarówkę. Prawdą jest natomiast to, że na ręku jednego ze statystów kamera wypatrzyła wyprodukowany kilkaset lat po grunwaldzkiej bitwie zegarek. Podobnie jak to, że próbowaliśmy malować „grające” w filmie czarno—białe bydło na kolor czerwony.

Filmem w niemieckich odwetowców
Tadeusz Henryk Czarnecki miał 23 lata, gdy został asystentem reżysera Aleksandra Forda na planie „Krzyżaków”.
— Ford był dziekanem wydziały reżyserskiego Łódzkiej Szkoły Filmowej w czasach, kiedy w niej studiowałem. Gdy po ukończeniu tej uczelni w roku 1958 spotkałem swego byłego profesora, wiedziałem już, że przygotowuje się do ekranizacji „Krzyżaków” Henryka Sienkiewicza, która już wówczas zapowiadała się na polską superprodukcję. Wyraziłem gotowość pracy u niego. I tak zostałem asystentem reżysera przy realizacji tego filmu — wspomina Tadeusz H. Czarnecki.

„Krzyżacy” zostali nakręceni w rekordowym tempie. Zdjęcia rozpoczęły się 4 sierpnia 1959 r, a premiera filmu odbyła się już 1 września 1960 r.

Dzień pierwszej projekcji dzieła nie został wybrany przypadkowo. Decyzja o realizacji „Krzyżaków” miała przede wszystkim wymiar polityczny, była elementem walki ideologicznej. I nie przysłania tego fakt, że zaowocowała wielkim sukcesem artystycznym.
- To był czas, gdy propaganda Polski Ludowej ostro atakowała niejakiego Herberta Hupkę i skupione wokół niego środowiska „odwetowców” w zachodnich Niemczech, które domagały się rewizji powojennych granic Europy. Rok 1970, w którym Władysław Gomułka podpisał z kanclerzem NRF traktat państwowy potwierdzający nienaruszalność granicy na Odrze był jeszcze daleko. Oglądając film powstały według historycznej powieści Sienkiewicza młodzież polska miała nabierać odpowiedniego, krytycznego stosunku do Niemców — tłumaczy asystent Forda.

Ciechanowski zamek był pod Łodzią
Zdjęcia plenerowe były kręcone w okolicy Starogardu Gdańskiego. - Scenograf Roman Mann i reżyser Aleksander Ford wybrali fenomenalną lokalizację. To była bardzo mądra i przemyślana decyzja. Bo wybrane przez nich miejsce mogło uchodzić zarówno za Jurę Krakowską, mazowieckie równiny jak i pola grunwaldzkie. Było też jeziorko, nad którym saperzy z wojska polskiego mogli zbudować ufortyfikowany gródek należący do Juranda ze Spychowa. Poza tym blisko było stamtąd do Malborka, w którym siłą rzeczy też musiały być kręcone zdjęcia — mówi z uznaniem nasz rozmówca.

Jak powszechnie wiadomo, część akcji „Krzyżaków” toczy się w zamku książąt mazowieckim w Ciechanowie. To na dziedzińcu tego zamku Zbyszko z Bogdańca zabija w pojedynku brata zakonnego Rotgera.

Ten fragment powieści był filmowany w udających prawdziwy zamek dekoracjach pod Łodzią.
— Proszę zauważyć, że w scenie tej nie ma tzw. szerokiego pleneru. Kamera pokazuje jedynie zamkowy dziedziniec — zauważa pan Tadeusz.

Fachowcy spoza kadru
Zabierając się do realizacji „Krzyżaków” Ford zebrał wokół siebie zespół świetnych fachowców, bez których nie można nakręcić filmu, a których nie widać na ekranie: scenografów, kierowników planu, montażystów, operatorów, dźwiękowców itd. Większość z nich pierwsze doświadczenia zawodowe zbierała jeszcze w Polsce międzywojennej, sanacyjnej.

Bo produkcja filmu — zwłaszcza tak dynamicznego jak opisywane przez nas dzieło — jest wielkim przedsięwzięciem organizacyjnym.

Wymagającym zgrania w czasie i przestrzeni wielu kwestii związanych m.in. z przygotowaniem kostiumów i statystów, a także odpowiedniej scenografii, czyli tła na którym rozgrywają się kręcone sceny.

W tym miejscu warto podkreślić, że wielkiej pomocy przy realizacji tego filmu udzieliło wojsko. Przysłało nie tylko saperów do budowy Spychowa, ale także konie dla rycerstwa polskiego, litewskiego i niemieckiego (bo bracia zakonni też musieli na czymś jeździć) oraz setki statystów potrzebnych przy kręceniu scen różnorakich bitew i potyczek. Nasi filmowy mogli liczyć także na pomoc kolegów po fachu z innych krajów socjalistycznych. A pomoc ta była potrzebna głównie w sprawach dotyczących rekwizytów. Np.: radziecki Mosfilm wypożyczył nam kostiumy dla biorących udział w grunwaldzkiej bitwie pułków ruskich.

Trud włożony w realizację „Krzyżaków” opłacił się. Był doskonałą szkołą dla wielu późniejszych mistrzów w swoim fachu: operatorów, scenografów, kierowników produkcji itd.

Gdy w latach późniejszych przyjeżdżali do naszego kraju w przeróżnych sprawach zawodowych filmowcy z zagranicy, a chciano przedstawić gościom, jakim potencjałem technicznym i organizacyjnym dysponuje polska kinematografia, wyświetlano im fragmenty właśnie „Krzyżaków”.

Czerwone krowy...
Przenosząc na ekran powieść mistrza Henryka, Ford obchodził się z nią bardzo delikatnie. Starał się, aby ekranizacja była jak najwierniejsza nakreślonemu w niej scenariuszowi. Dokonał jedynie swoistego zagęszczenia wydarzeń w czasie. W książce wątki przedgrunwaldzkie rozgrywają się kilkanaście lat przed samą bitwą pod Grunwaldem, która jest niejako ich dopisanym po latach epilogiem. W filmie natomiast wszystkie wydarzenia następują tuż po sobie.

O tym, z jaką pieczołowitością reżyser dbał o zgodność filmu z powieścią, dobrze świadczy brzmiąca jak anegdota opowieść o malowaniu występujących przed kamerą krów.
- Jest taka scena, w której Zbyszko wraca do Juranda z odbitą Danuśką. Gdy wjeżdża wraz całym orszakiem na ziemie Juranda, wychodzą naprzeciwko nich pracujący na polu chłopi. W tle zaś widać krowy. Ford chciał mieć na planie polskie bydło rasy czerwonej, bo takie w tamtych czasach na naszych ziemiach żyło. Biało—czarne holenderki pojawiły się w Polsce znacznie później, bodajże na początku XVIII wieku. Czerwone bydło na plan miało być dowiezione z jakiegoś PGR—u, ale z jakichś przyczyn nie dojechało. Wtedy ktoś wpadł na pomysł, żeby łaciate krowy rasy holenderskiej pomalować na czerwono. To był szaleńczy pomysł. Bo po pomalowaniu jednej krowy na czerwono pozostałe szybko dostrzegły w niej odmieńca i siłą zaczęły wypychać ze stada. Czym prędzej trzeba było ją zabrać, aby nie dopuścić do krowiego linczu. Krowa ocalała, ale w filmie opowiadającym o czasach średniowiecze pojawiły się krowy z innej epoki — opowiada pan Czarnecki.

...i przewracające się konie
Znacznie ważniejsze niż krowy w „Krzyżakach” były konie. W porywach końskie stado występujące w filmie liczyło około 200 wierzchowców. W tamtych czasach nie było łatwo zgromadzić takiej ilości rumaków.
- Proszę pamiętać, że to były lata 50. Czas totalnej kpiny z polskiej kawalerii, którą propaganda rządowa przedstawiała jedynie w kontekście niedawnej klęski wrześniowej. Dlatego dla wielu przedwojennych kawalerzystów udział w filmie był wielką radością. Im nie chodziło o zarobek, a przede wszystkim o piękną przygodę, wycieczkę sentymentalną w dawne czasy Większość koni dostarczyły Wojska Obrony Pogranicza. To były dobre konie, ale raczej nie pierwszoplanowe. Te ostatnie trzeba było wyszukiwać w stadninach. Bo one musiały tak wyglądać jak opisał je Sienkiewicz. Trzeba więc było znaleźć właściwej maści konia dla Jagienki, właściwej dla Jagiełły. Głównym konsultantem do spraw związanych z końmi był Karol Rómmel, pułkownik, olimpijczyk. Bardzo ważną rolę w tej dziedzinie odgrywał też wybitny znawca koni Sosnowski, imienia już nie pamiętam. Był on pracownikiem Ministerstwa Rolnictwa, który został oddelegowany (!) do naszej ekipy na czas kręcenia filmu. Jego zadaniem było zebranie potrzebnych a odpowiednich koni w jednym miejscu — mówi asystent Forda.

Mimo zgromadzenia w jednym miejscu tylu koni i ludzi, mimo bardzo dynamicznej akcji filmu, wypadków podczas kręcenia „Krzyżaków” było stosunkowo mało.

Jeden z takich wypadków przydarzył się Mieciowi Kalenikowi, czyli filmowemu Zbyszkowi. Gdy pewnego razu jechał na plan filmowy, koń, którego dosiadał pośliznął się i upadł na bok. Ponieważ aktor był w zbroi, nie zdążył na czas wyciągnąć nogi i doznał niedużego złamania nogi. Potem przez pewien czas z tego powodu miał nogę w gipsie i był fotografowany tylko z jednej, zdrowej strony. Były też inne wypadki, ale żaden z nich nie był śmiertelny. Co najwyżej ktoś od czasu do czasu trafił do szpitala. Było też na planie podczas bitwy grunwaldzkiej jedno zderzenie koni w pędzie. Aż poszła im z nosów krew, ale przeżyły. Trzeba tez pamiętać o tym, że w tamtych czasach nie było zwyczaju korzystania z usług kaskaderów. Nawet w niebezpiecznych scenach życie ryzykowali zwyczajni mastalerze.

Nielekko miały też konie. Podczas bitew musiały nader często padać na pysk (przywiązywano im do pęcin linki — gdy jeździec chciał wierzchowca powalić na ziemię, podciągał linkę). Na niektóre konie czyhało jeszcze jedno niebezpieczeństwo — wilcze doły.

Te wykopane w ziemi pułapki stanowiły także niebezpieczeństwo dla obsługującego kamerę zespołu operatorskiego, który podczas nagrywania bitwy grunwaldzkiej jechał z prędkością stu kilometrów na godzinę samochodem marki warszawa (z wyjętymi drzwiami).

Ręka z zegarkiem
- Często można usłyszeć, że w jednej ze scen „Krzyżaków” w dalekim tle widać pochodzącą z całkiem innej epoki historycznej ciężarówkę. To nieprawda. Ciężarówkę widać, ale w innym, choć też nakręconym na podstawie prozy Sienkiewicza filmie — „Panu Wołodyjowskim”. Prawda jest natomiast, że na ręku jednego ze statystów kamera wypatrzyła zegarek, którego w żadnym wypadku nie powinien na planie nosić. Można także usłyszeć, że w dalekim planie „Krzyżaków” można wypatrzyć druty linii energetycznej. To też nie jest zgodne z prawdą. Linia przed zdjęciami została położona, a słupy zamaskowane wiatrakami — wyjaśnia Tadeusz Henryk Czarnecki, który nie tylko pracował przy filmie, ale także oglądał go kilkanaście razy.

Karewicz, Jasiukiewicz i Zawisza
Gdy zapytaliśmy naszego rozmówcę o aktorów, którzy w jego opinii najlepiej wypadli w filmie, w odpowiedzi usłyszeliśmy:
- „Krzyżacy” mają takie miejsce w naszej kulturze, że występujące w nich postaci zna zarówno profesor uniwersytetu jak i prosty robotnik. I jeszcze jedna ważna rzecz. Tempo akcji jest tak duże, że bohaterowie filmu, nawet ci najważniejsi, pojawiają się na ekranie stosunkowo rzadko i na niezbyt długi czas. Z tego powodu według mnie zwraca uwagę kreacja Emila Karewicza, który wcielił się w postać króla Jagiełły. To była rola wypisz, wymaluj właśnie dla niego. Właściwie epizodyczna, ale dzięki kreacji Karewicza zapadająca w pamięć. Poza tym znakomicie wypadli Henryk Borowski w roli komtura Zygfryda de Lowe, Stanisław Jasiukiewicz jako wielki mistrz krzyżacki Urlika von Jungingena, Mieczysław Voit w roli wielkiego komtura Kuno von Lichtensteina, Leon Niemczyk jako pan Fulko de Lorche. Jeśli jesteśmy przy aktorach to chciałbym zwrócić uwagę na pewien fakt, które zapewne nie wszyscy sobie uświadamiają. W filmie właściwie nie ma postaci Zawiszy Czarnego, tak przecież znaczącej dla polskiej kultury. Dlaczego? Bo Fordowi nie udało się dopasować do tej postaci aktora, który odpowiadałby jego, czyli reżysera wyobrażeniom. Nie udało się znaleźć kogoś, kto według reżyserskiej koncepcji mógłby w oczach przeciętnego Polaka uchodzić za Zawiszę. W efekcie roli tej de facto nie ma. Zawiszę widać tylko raz, gdy przemyka w królewskim orszaku przez pole bitwy. Ford zagranie tego epizodziku powierzył statyście o nazwisku Paniński, jeśli mnie pamięć nie myli. I, moim zdaniem, zrobił dobrze.

Leżąca praca
- Do scen, które było nakręcić najtrudniej niewątpliwie należy scena, w której okiem wiszącej wysoko nad ziemią kamery widzimy pobojowisko, jakie pod Grunwaldem zostawiły bijące się tam wojska. Przygotowania do zdjęć trwały około dziesięciu godzin. Od rana do wieczora. Bo najpierw trzeba było na ziemi uśpić i staranie ułożyć konie oraz bardzo wielu statystów odgrywających rolę poległych wojów. Nawiasem mówiąc ci ostatni musieli wykazać się dużą cierpliwością. Bo pracę z jednej strony mieli leżącą, ale z drugiej wymagającą cierpliwości. Gwoli ścisłości dodam, że cześć koni była autentycznie martwa. Dopiero pod wieczór udało się wszystko przygotować jak należy i sfilmować. A trzeba wiedzieć, ze przy ówczesnej technice nie było to łatwe. Sprzęt był bardzo ciężki i trudno było nim swobodnie manewrować — wspomina pan Czarnecki.

Jego ulubioną sceną jest dziejąca się pod koniec grunwaldzkiej bitwy scena przedstawiająca toczoną na zarośniętym rzęsą oczku wodnym walkę Zbyszka z wielkim marszałkiem Zakonu von Lichtensteinem.
— Co ciekawe, ta scena w takim kształcie, w jakim ją nakręcono, została wprowadzona w ostatniej chwili. Bo zaledwie kilka godzin wcześniej w pobliżu Starogardu zostało znalezione przez drugiego reżysera Zbyszka Kuźmińskiego to malownicze oczko wodne — mówi asystent Aleksandra Forda.

Jak rycerze pomogli wyremontować kina
„Krzyżacy” zostali entuzjastycznie przyjęci przez widzów. Do dziś są jednym z najsłynniejszych filmów w dziejach polskiego kina. Mimo iż od ich nakręcenia minęło prawie pół wieku, a w dziedzinie techniki filmowej zaszły ogromne zmiany, sposób opowiedzenia historii rycerskiej miłości Zbyszka do Danuśki na tle polsko—krzyżackich stosunków politycznych nie zestarzał się. Film nadal da się oglądać z przyjemnością.
- Ford to był wielki rzemieślnik kina. On wiedział co chce zrobić i jak — mówi z uznaniem jego współpracownik. I nie tylko rzemieślnikiem. Aleksander Ford w pierwszych kilkunastu latach istnienia Polski Ludowej był jedna z najważniejszych postaci polskiej kinematografii. Pułkownik Ludowego Wojska Polskiego, frontowy przyjaciel lub kolega wielu osób z najwyższych kręgów ówczesnych władz... Ale to już temat na inna opowieść.
— Mało kto wie, że „Krzyżacy” wydatnie przyczynili się do unowocześnienia sieci kin w naszym kraju. Bo chcąc wyświetlić „Krzyżaków”, film panoramiczny, trzeba było mieć nowoczesny jak na owe czasy ekran. I właściciele kin to robili, stawali na głowie, a robili. Dzięki temu dorobiliśmy się jednej z najnowocześniejszych kinowych sieci w Europie — mówi z uśmiechem Tadeusz Henryk Czarnecki, człowiek, który pracował przy jednym z najsłynniejszych filmów w historii polskiej kinematografii.

Krzysztof Kowalski

Urodzony tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej Tadeusz Henryk Czarnecki ma 68 lat. Mówi o sobie, że jest warszawiakiem z tradycjami kresowymi. Filmowiec, dokumentalista i reżyser teatralny. W latach 1954 — 58 studiował reżyserię w Łódzkiej Szkole Filmowej. W 1976 r. wyreżyserował film fabularny pt: „A jeśli będzie jesień”. Był również drugim reżyserem „Hubala” Bogdana Poręby i filmu „Moja wojna, moja miłość” Janusza Nasfetera.
W życiu prywatnym jest ojcem znanego polityka Ryszarda Czarneckiego.
KK
Fot. K. Kowalski

autor: K.Kowalski

Komentarze Internautów (3)dodaj komentarz

  • Przemysław z Krakowa, 2013-03-04 18:09:24
    Moim zdaniem...
    Po 53 latach Bitwa pod Grunwaldem pozostaje najlepiej zrobioną sceną batalistyczną polskiej kinematografi i... najlepszą filmową bitwą w ogóle, jaką znam!
  • Eques, 2014-05-03 15:14:34
    Błąd
    Z Kunonem von Lichtensteinem walczył Maćko nie Zbyszko - coś słabo ten Pan pamięta
  • Marian, 2017-01-14 17:45:38
    Sporo elementów zbroi z tego filmu
    W pobliżu Starogardu, czyli w Owidzu, było sporo elementów zbroi z tego filmu, a używał ich uczeń Technikum Rolniczego grający Kirkora. Były to lata 60. XX w.