Tygodnik Ciechanowski

Niedziela, 20 stycznia 2019

Już teraz zamów e-prenumeratę Tygodnika Ciechanowskiego. W e-prenumeracie taniej!

Podróż żałobna

Napisać felieton, gdy nagle wszystko, co z Tego Świata pochodzi, staje się subiektywnie nieważne...
 
Rzeczy dzieją się jak zwykle. Kto co powiedział i kogo tym obraził. Kto o co walczy i z kim. Co zostanie zbudowane, a co zburzone i zapomniane. Co wzrośnie, a czego będzie za mało. Ten zdradził, ów szpiegował, jeszcze inny ukradł. Ale pajęczyna powiązań uległa zerwaniu i wydarzenia nie wywołują we mnie rezonansu. Wszystko jest odległe, niewyraźne, nieznaczące.

A tu już nie ma. Nie ma Kochanego Bliskiego, bo umarł. Już nigdy go nie zobaczę, nie usłyszę.

W jednej chwili stało się wszystko to, czego się bałam. Ta wiadomość, na którą przygotowywałam się emocjonalnie, przyszła o poranku, zastając mnie kompletnie bezbronną. I już wiem, że nie można, po prostu nie można się naprawdę przygotować na głęboki ból Ostatecznej Utraty.
 
Śmierć jest wymagająca i żąda daniny uczuć od Pozostawionych. Karmię ją swoją żałobą obficie, z oddaniem. Jestem w wieku, w którym nie traktuje się Śmierci obcesowo czy też z dystansem. Chociaż chwilowo nie przyszła po mnie, wiem, że wędrujemy przez życie razem: ja i Śmierć. Proszę ją o cierpliwość, tak jak prosiłam za zmarłego, żeby jeszcze go nam zostawiła. Jednak nie dała się przebłagać. Co to za dziwne słowo: zmarły. Jakie puste. Jeszcze nie ma treści, nadal nie wchłonęło Kochanego Bliskiego; tylko się łasi do moich myśli.

Wciąż jeszcze nie zapamiętałam, że modlitwy moje zostały przeniesione z folderu Za Zdrowie do folderu Za Dusze, i wszystko mi się myli.

Próbuję wybrać na chybił trafił jakiś fragment nierzeczywistej rzeczywistości, zdmuchnąć z niej całun popiołu, nadać jakiś sens za pomocą słów. Łatwe? Nie bardzo, jeśli nagle świat i wszystko co na nim wydają się pozbawione stałych, codziennych znaczeń. Najpierw muszę opuścić to wewnętrzne miejsce, gdzie spędzam czas od wielu dni. Podróżowałam daleko, żeby pożegnać Kochanego Bliskiego. Autobusy, pociągi, tramwaje i znowu pociągi, tramwaje, autobusy... A ja w chmurze myśli i uczuć, w której – o paradoksie – czuję się bezpieczna. Powinnam już z niej wyjść, podobno. Nie chcę.
 
I pocieszeń też nie chcę. Dlaczego miałabym chcieć być radosna albo dobrze się czuć? Skąd taki pomysł, że nie trzeba się długo smucić? I co to znaczy „długo”?

Usiłuję spłukać łzami szary pył smutku z wypłakanych oczu, które patrzą i nie widzą, bo cóż mają widzieć, skoro wszystko się tak oddaliło, że ledwie co majaczy na horyzoncie czasoprzestrzeni... Pokrzepiam się tak, jak potrafię: Bóg i nauka.

Z Bogiem jest łatwo: jeśli się podjęło decyzję o wierze, wszelkie pytania stają się zbędne. Wielki Programista, Prezes Wszechwszystkiego ma swoje zamysły. Reklamacje post mortem nie będą uwzględniane. Autopsja sumienia objęta jest ścisłą Tajemnicą. Trzeba tylko pamiętać, że się wierzy. Najtrudniej coś pamiętać, gdy człowiek jest w stresie. Tak.

Nauka też bywa krzepiąca. Brytyjczyk Roger Penrose, matematyk i kosmolog, przedstawił światu teorię Konforemnej Kosmologii Cyklicznej. Obliczył Wieczność (fizycy z krwi i kości niech mi wybaczą to dziecinne uproszczenie). Wszechświat bez początku i bez końca; wszystko się wydarza, bo musi, i będzie się wydarzać na wieki wieków amen. Może... Za miliard miliardów miliardów miliardów lat ziemskich, po którymś z kolei Wielkim Wybuchu, może Gdzieś Indziej podejmiemy przerwaną pogawędkę i znowu zaśpiewam Kochanemu Bliskiemu kolędę o pasterzach, którzy przybieżeli...

ANNA MARIA NOWAKOWSKA  

Zdziwój Nowy, 14 stycznia 2019 r.

Więcej felietonów