Tygodnik Ciechanowski

Piątek, 18 sierpnia 2017

Elektroniczne wersje bieżących i niektórych archiwalnych wydań "Tygodnika" dostępne są na portalu eprasa.pl

Kilka refleksji w oczekiwaniu nawałnicy

Nadciąga kolejna burza. Jeszcze z oddali, ale już groźnie, basowo postękuje spęczniałe wodą niebo. Trzeba poczynić przygotowania, za chwilę oberwą się chmury i staw wystąpi z brzegów, jak dwa razy ostatnio. Ale to przecież nic takiego, trochę więcej wody i bardzo zdziwione koty, urodzone w latach suszy. Ale jeszcze ten wicher, który porywa doniczki i łamie krzesła, rzucając nimi o ściany. Trzeba poukrywać je w stodole. Zresztą stodoła też może odfrunąć; czyż nie oglądaliśmy w internetach zniszczeń na cudzych podwórkach? Drzewa się łamią, dachy fruwają. A my tacy mali, tacy bezbronni...

Zastanawiam się, jak to z nami jest. Z ludźmi. Tacy z siebie dumni, pysznimy się coraz to nową, ulepszoną technologią tego i tamtego. Informacje biegną światłowodami dookoła ziemskiej kuli, pędzą w górę tysiące kilometrów i z powrotem w dół do naszych smartfonów, czyli inteligentnych telefonów, a my coraz głupsi chyba. Tyle danych, a my dalej nic nie rozumiemy!

Oglądałam zdjęcia naszej umierającej planety. Oceany plastiku, rany po wytrzebionych lasach, blizny po wydobyciu roponośnych piasków. Wszystko to z lotu ptaka, który też za chwilę umrze, bo najadł się plastikowych zakrętek.

Nie może być inaczej, skoro godzimy się, żeby rządzili nami wariaci, dewianci, fanatycy, degeneraci, pijacy, imbecyle, nieuki. A każdemu uszami i innymi otworami ciała wylewa się pycha. Nie ma dnia, żeby ktoś komuś nie groził, kogoś nie więził, komuś nie zabierał, a wszystko to w imieniu i z upoważnienia jakiegoś narodu, który szczerze nienawidzi innego narodu, bo mu powiedziano, że tak trzeba i że taki płynie obowiązek z miłości do swego, żeby koniecznie nienawidzić cudzego.

Ten z Korei i ten z Ameryki, wiecie, o której Korei i o której Ameryce mowa, prężą swoje arsenały, jak dwa samce goryli walczące o prymat. Małpy robią ten szoł bez użycia broni – pokazują sobie nabrzmiałe genitalia. Ludzie wszak wolą demonstrować stalowego fallusa, rakietę z nuklearnym ładunkiem. Mając za zakładnika całą swoją ludność, siedzą w dobrze wyposażonym, klimatyzowanym bunkrze, bawią się w wojnę, używając kolorowych światełek i różnych pikadełek dla oznaczenia tych, którzy mają zginąć od pierwszego podmuchu gorąca. Milion. Dwa. Powiedzą: ofiary są konieczne. Powiedzą: chwała bohaterom. Nie rozumiem. Dlaczego się na to godzimy?

Lecz nie mam pojęcia, jak miałaby wyglądać nasza niezgoda. Przecież zawsze ktoś korzysta, komuś pasuje, ktoś się tuczy na cudzym strachu.

E, tam. Czy nie lepiej było zostać małpą? Po cholerę ta cała ewolucja? Wielka afera o jedną parę chromosomów mniej? Trzeba było siedzieć na drzewach i iskać pchły!

No, ale skoro już zleźliśmy z drzewa i wleźliśmy na tę chwiejną drabinę ewolucji, to dlaczego nie stawiamy sobie wymagań? Sobie samym i sobie nawzajem. Nigdy nie mogłam pojąć, jak społeczeństwo może oddawać ster w ręce dyletantów. Do kierowania rowerem wymaga się rozleglejszych kompetencji niż do kierowania gminą, powiatem i całym państwem. Jak to możliwe? Tylko dlatego, że jakiś pyszałek wychodzi przed szereg i woła: ja, ja, ja. Nikt go nie pyta o wiedzę, o doświadczenie, o to, czy czyta i co czyta. Może oglądać Koziołka Matołka, a wiedzę o świecie czerpać z niedzielnych homilii i mimo to (a może właśnie dlatego) otrzymać moc wydawania poleceń, których skutki odczujemy wszyscy i nasze wnuki też. Pytam raz jeszcze: Jak TO jest możliwe? I nie tylko możliwe, ale uznane za normalne. I nie tylko za normalne, ale i dobre.

Kruche to wszystko i niewiele warte. Wystarczy silniejszy podmuch. Fala. Wstrząs. I już po nas i po naszej dumie. Tylko płacz i zgrzytanie zębów pozostaje z tego całego hałasu.

ANNA NOWAKOWSKA  

Zdziwój Nowy, 14 sierpnia 2017 r.

Więcej felietonów