Tygodnik Ciechanowski

Wtorek, 19 listopada 2019

Nie bąź grzybem, idź na wybory

11.10.2019 12:30:00

Z nastaniem października wysypały się bilbordy wyborcze i grzyby. Te pierwsze wszędzie: na płotach, ścianach, słupach, przyczepkach samochodowych, drugie głównie w lasach. Jeśli chcemy odpocząć od setki twarzy i tyluż miraży, uciekajmy do strefy wolnej od wyborów – do lasu. Tu nie wypatrzy nas przenikliwy wzrok lub błagalny uśmiech kandydata.

Grzyby, jak wiadomo, dzielą się na jadalne i niejadalne (w tym trujące). Twarze kandydatów na bilbordach możemy klasyfikować na różne sposoby, w tym również - podobnie jak grzyby – na osobniki do strawienia oraz toksyczne.

O ile kampania wyborcza jest planowana i rozwija się według scenariusza, to kampania grzybna ma tę przewagę, że wybucha nagle i nie wiadomo jak się skończy. Nie zależy od ustaleń sejmowych i podpisu prezydenta, a jedynie od pogody. Odnoszę też wrażenie, że jest bardziej pożądana przez elektorat. Już w środku lata odczuwało się w narodzie „jakieś oczekiwanie tęskne i radosne”. A tu zupełnie niegrzybowo. Na przemian sucho i zimno. Wśród znajomych grzybiarzy stan oczekiwania przeradzał się we frustrację.

Moja koleżanka Nelka, która za grzyby dałaby się pokroić kozikiem w poprzek i w wzdłuż kapelusza, już pod koniec czerwca zorganizowała grzyboparty na Mazurach. Zaprosiła do pensjonatu na skraju puszczy grupkę starych przyjaciół, a clou programu miała być jajecznica z kurkami. Kto by odmówił? Zjechaliśmy się więc z zakrzywionymi nożykami i wiklinowymi koszykami. Ale zaraz po przywitaniu gospodyni poinformowała nas, że jajecznica będzie bez dodatków, bo w okolicznych lasach nie ma ani jednej kurki. No, ale teraz Nela odbija sobie za całe lato: mąż codziennie podwozi ją pod kolejne znane jej laski, borki i młodniki, a ona nurkuje w mchach, wije się w porostach, kuca w paprociach i zaraz wraca z pełnym koszem maślaków, kani, a także płachetek zwyczajnych, zwanych turkami*.
Mąż jest niezbierający i niejedzący. Zresztą sama Nelka też nie jest amatorką owocników (bo zapewne wiecie, drodzy grzybiarze, że to, co zbieracie i spożywacie, to są owocniki). Ona te grzyby zbiera, niektóre suszy i przetwarza, a wszystkie... rozdaje przyjaciołom, rodzinie, znajomym, sąsiadom.
W ub. tygodniu otrzymałem od niej - w równych częściach - surową i przerobioną solidną porcję „masy grzybowej”. Uciech było co niemiara. Za kilka dni ma być następna.

Niedawno w „TC” przedstawialiśmy grzybiarkę zaawansowaną, klasyfikatorkę (prawie mykologa) panią Zofię Leszczyńską-Niziołek z Brudnic pod Żurominem oraz jej dzieło - album „Polowanie na grzyby”. Kapitalna pozycja, zarówno pod względem formy, jak i treści. Czytamy np. o mbg (małym brązowym grzybku): „Szukałam go trzy miesiące. W tym czasie obwąchałam niezliczoną liczbę mbg. Zrezygnowana w czasie kolejnego, kilkugodzinnego grzybobrania w pierwszej chwili nie zatrzymałam się przy dziesiątkach jakichś małych grzybków, jednak potrzeba wpisania kolejnej pozycji na listę zidentyfikowanych okazów wymusiła na mnie powrót. I udało się – twardzioszek!

No to może na razie dość o grzybach, grzybiarkach, twardzioszkach i płachetkach. Wróćmy do twarzy z bilbordów. W niedzielę wyszukajmy jedną i zanieśmy ją do urny.

Nie bądźmy grzybami, postarajmy się trochę wcześniej wrócić z lasu.
 
Ryszard Marut





 

autor: red

Komentarze Internautów (0)dodaj komentarz

Na razie nikt nie skomentował tego artykułu, aby wziąć udział w dyskusji, należy dodać komentarz