Tygodnik Ciechanowski

Niedziela, 09 maja 2021

Zapraszamy na nową stronę: Ciech-Press - Portal Regionalny pod adresem www.ciechpress.pl

Nie tak ostro, bobrze!

09.08.2006 08:00:00

Do Szkoły Podstawowej w Dębsku w biały dzień przyszedł bóbr. Czego chciał? Nie wiadomo. W każdym razie  dzieciom sprawił radość, nauczycieli zaś wprawił w konsternację – zwierzę mogło być chore.  Dyrektor szkoły zawiadomił służby.
Przyjechał lekarz weterynarii.  Przybyła też ekipa z jednostki ratowniczo-gaśniczej Państwowej Straży Pożarnej w Mławie. Złapała bobra i zawiozła go tam, gdzie zwykle przebywa, czyli w pobliskie szuwary. Nie była to łatwa operacja. Jak bowiem schwytać gryzonia, którego siekacze ścinają drzewa? Mniejsza o to, ów bóbr ugryzł w palec strażaka. Przez grubą rękawicę. 
W ostatnich kilkunastu latach w dolinie górnego Orzyca nadzwyczaj rozmnożył się bóbr europejski (łac. castor fiber). Gdy się tu pojawił, miejscowa ludność witała go wręcz z entuzjazmem, jako oczekiwanego gościa.  Bo to takie sympatyczne zwierzę, rzadkie i ładne, no i królewskie. Więcej, jego obecność w tym środowisko jest dowodem czystości terenu. Dzisiaj mieszkańcy Sławogóry Starej, Windyk, Wieczfni Kościelnej, Chmielewa czy Brzozowa o bobrze wyrażają się gorzej niż o niejednym polityku. Bo castor fiber oprócz zalet  (znakomity hydrolog) ma  wady.

Uwaga, jamy!
Sąsiadami  Danuty Matygi, sołtys Sławogóry Starej, są… bobry.  Obok  jej posesji  staw połączony z rzeką (zastawki). – W tym kanale miałam piękne ryby. Ale to już przeszłość. Wszystko na nic. Przez bobry. I wydry - narzeka pani sołtys.  
Bobry urządziły tu żeremię. Zbudowały tamy i powstałe w konsekwencji  rozlewisko połączyło się ze stawem. Trudno użytkować ten teren, trudno wydostać z niego powalone drzewa, z dawnego pastwiska wystają zanurzone w wodzie  słupki ogrodzenia.
To jeszcze nic wielkiego. Idziemy z mieszkańcem  Sławogóry Starej po gruntowej drodze. Przepiękna, fantastyczna, dzika przyroda, rzadkie gatunki roślin i ptaków. Drży ziemia. Pod nami duże pokłady torfu. Ta droga wiedzie na łąki i pastwiska. Tutaj, u samych źródeł Orzyca, wszyscy gospodarze ze Sławogóry mają działki.
Problemy zaczynają się już wczesną wiosną. Bobry drążą skomplikowane systemy podziemnych kanałów. Zapada się droga, a jest to jedyna trasa do tego kompleksu użytków zielonych. Jak przepędzić bydło? Jak przejechać traktorem? Rolnicy przywożą masy kamieni i gruzu. Wszystko to potem ginie w głębi miękkiego, torfowego gruntu. Znowu trzeba utwardzać drogę.
Po drugiej stronie źródeł Orzyca leżą Windyki. Jerzy Możdżonek hoduje bydło. Pewnego razu zginęły mu dwie krowy i byczek. Wieczorne poszukiwania zwierząt nie dały rezultatu. Nazajutrz rano gospodarz raz jeszcze udał się na pastwisko  i… natknął się na zapadniętą murawę. W jamie były uwięzione krowy. Jedna, jak się okazało, już nie żyła. Więcej szczęścia miał byczek. Przyłączył się do obcego stada i nic złego mu się nie stało.
W bobrze pułapki wpadają nie tylko zwierzęta. – Szłam dróżką – opowiada mieszkanka Grzebska. – Nagle zarwała się ziemia. Znalazłam się w dole tak, że tylko głowa wystawała.
Gorzej. Ktoś  podczas wycinki drzew  miał wpaść w bobrze nory. Z włączoną piłą mechaniczną w rękach.

Drzewa zatemperowane jak ołówki
Jan Kownacki z Pęcherz jakieś dziesięć lat temu zauważył ślady obecności bobrów. Ucieszył się… Zresztą,  kto nie byłby zadowolony z przybycia tego królewskiego ssaka, o którym krążą legendy?
Zrazu wielu miejscowych ciekawiło życie bobrów. Zachodzisz do lasu, a tam leżą drzewa równiutko zatemperowane. Jak ołówki. Albo: widzisz grube kloce pocięte na kawałki i ułożone w poprzek rzeki czy rowu. Jakiż  niezwykły instynkt, jakież umiejętności, jakaż sztuka inżynieryjna!
Fascynacja minęła, gdy przyszło się zmierzyć ze skutkami działalności owego castor fiber.
Jedną z działek Jana Kownackiego przecina rzeczka Dąbrówka. Gospodarz zaprowadził mnie do, usytuowanego przy jej brzegu, żeremia. Oto niewielki kopczyk wzniesiony z ziemi, kamieni, drewna.
Żeremię ( największe może być wysokie na trzy i pół metra) to domek bobrzej, monogamicznej rodziny. Składa się z dwu kondygnacji. Dolnej, do której prowadzi wejście pod wodą. I piętra, które pełni funkcję izby mieszkalnej. W niej małżeństwo się suszy  i wychowuje potomstwo. W tej części chaty panuje wzorowy porządek. Na przykład posłanie! Składające się z suchych wiórków, liści, traw, gałęzi, jest systematycznie wymieniane. Castor fiber jest higienistą.
Wokół żeremia niewidoczny zespół kanałów, umożliwia bobrom bezpieczny kontakt z terenem.
To, co najbardziej rzuca się w oczy, to tamy na Dąbrówce. Spiętrzona rzeczka tworzy zastoisko wodne, wręcz bobrzą fortecę.
Po jednej stronie Dąbrówki lasek Jana Kownackiego. Rosną już tylko brzozy. Wierzby i osiki zjadły bobry. Żywią się głównie roślinami drzew liściastych. Latem gromadzą pod wodą zapasy na zimę – gałązki. Potrzebują wielkiej ilości karmy. Przez kilka dni potrafią zlikwidować młodą wierzbę, zwana tu rekitą, na wielu arach. 
Po drugiej stronie rzeczki łąka  Kownackiego. Giną  trawy, ich miejsce zajmuje tatarak. Niewielka korzyść z takiego gruntu.

Nad rzeką już brakuje miejsca
- Jedzie rolnik  ciągnikiem i niespodziewanie wpada w jamę. Ilu przez to pogięło osie traktorów, trudno zliczyć – mówi sołtys Chmielewa Kazimierz Brzozowski.
Od kilkunastu lat obserwuje, jak zmienia się dolina Orzyca. Brzegi rzeki w wielu miejscach stały się zupełnie niedostępne. Można do nich dotrzeć tylko zimą, choć też nie zawsze. Leżą tam drzewa, gniją, nie sposób je wywieźć.
Wszystko bez bory.
- Już im brakuje miejsca nad rzeką. Już opanowują kolejne tereny, czy odprowadzalniki (rowy melioracyjne) – zauważa sołtys Grzebska Andrzej Jędrzejewski. Skutki: zniszczone urządzenia wodne (to temat dyżurny na zebraniach spółek wodnych).
Najgorzej jest w mokrym roku. Woda długo stoi na łąkach i pastwiskach. Nie można posiać nawozów, niełatwo prowadzić racjonalną gospodarkę, giną szlachetne gatunki traw.  Bywa, że pierwszy pokos można zebrać dopiero w sierpniu. A jakiś czas potem, gdy przyjdą deszcze, woda znowu zalewa grunty.
Bobry zatkały rów między innymi w Łączynie Nowym. Rolnicy wynajęli maszynę, wykopała nowy kanał. - Na jak długo wystarczy ? – zastanawiają się.

Państwo nie płaci za szkody
Dwa lata temu sołtys Brzozowski w imieniu mieszkańców poskarżył się na bobry  wójtowi gminy Wieczfnia.  Wójt odesłał go do starosty. Starosta - do ciechanowskiej delegatury Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego. Ta poradziła dochodzić w sądzie odszkodowań  za straty spowodowane przez bobry. Identyczną radę dał marszałek Adam Struzik na spotkaniu w Dzierzgowie.
Pozwy mają być indywidualne, nie zbiorowe. Skarżyć należy państwo
- Dla nas to nie jest wyjście – rozkłada ręce sołtys Chmielewa. – Każdy musiałby wynająć adwokata, wpłacić wpisowe i czekać dwa lata na orzeczenie. Skoro państwo chroni bobry, to niech z mocy prawa płaci nam za straty. Albo niech wykupi od nas ziemię  i urządzi  rezerwat.

Orzyc czeka na regulację
Nie tylko bobry, zwane tu „robakami”, dają się we znaki rolnikom. Nadmiaru wody, której te zwierzęta nie zdołają zatrzymać, nie chce odbierać Orzyc.
Wójt gminy Dzierzgowo Marcin Kołakowski zwraca się do marszałka Struzika „z uprzejmą prośbą o interwencję w sprawie regulacji rzeki Orzyc na granicy powiatu mławskiego z powiatem nidzickim. Informuję, że na terenie naszej gminy koryto rzeki zostało uregulowane, natomiast na terenie powiatu nidzickiego, począwszy od miejscowości Zaborowo (gm. Janowiec Kościelny) w górę reki Orzyc na odcinku dł. ok. 8 km nie wykonano robót regulacyjnych. Powoduje to piętrzenie wody zwłaszcza w okresie wiosennym, poprzez co zalewane są łąki i pola uprawne gospodarstw z terenu gminy Dzierzgowo, które stanowią jedyne źródło dochodu tych rolników”.
Swoją drogą wójt sąsiedniej gminy – Janowiec Kościelny – alarmuje marszałka swego województwa. Załącza zdjęcia zalanych 500 hektarów. I błaga o ujęcie regulacji koryta w planie finansowym.
Z mazowieckiej strony odpowiada Romuald Woźniak, zastępca dyrektora departamentu rolnictwa i modernizacji terenów wiejskich Urzędu Marszałkowskiego. Zawiadamia  wójta Kołakowskiego, że w 2005 roku Wojewódzki Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych w Warszawie – oddział w Ciechanowie przedstawił sprawę swemu olsztyńskiemu odpowiednikowi. Z jakim skutkiem? Na razie z żadnym. Przebudowa koryta Orzyca „wymaga przeprowadzenia wielu postępowań formalno-prawnych orz uregulowania spraw własnościowych na terenie powiatu nidzickiego”. A od tego zależy poprawa stosunków glebowo-wodnych w powiecie mławskim. „Z wyżej wymienionych przyczyn wynika, że podjęcie prac inwestycyjnych nie będzie możliwe w najbliższych latach” – twierdzi dyrektor Woźniak.

18 tysięcy bobrów
Mieszkańcy doliny Orzyca przypuszczają, że bobry sprowadzili tu myśliwi. Celowo. Na ich nieszczęście. I nie jest to hipoteza daleka od prawdy.
Otóż w 1974 roku Zakład Doświadczalny Polskiej Akademii Nauk w Popielinie zaczął realizować „Program aktywnej ochrony bobra europejskiego”, opracowany przez profesora Wirgiliusza Żurowskiego. Odtąd corocznie przesiedlano kilkadziesiąt sztuk tych zwierząt wyhodowanych na specjalnej farmie lub odłowionych na Suwalszczyźnie. Do przedsięwzięcia, rozłożonego na kilkanaście lat, aktywnie włączył się Polski Związek Łowiecki.
Mało kto wie, że dzieje Polski są nieodłącznie związane z bobrem. We wczesnym średniowieczu był u nas gatunkiem pospolitym, ale niezwykle cenionym. Futra z niego były poszukiwane na rynkach europejskich. Castor fiber dostarczał też nie mniej wartościowego mięsa. Zastępowało rybę, co w czasach długotrwałych postów miało ogromne znaczenie. 
Był to gatunek otaczany szczególną opieką przez królów i książąt polskich.  Wyłącznie do nich należało prawo polowania na bobra. Wykonywali ten przywilej przez pana bobrowego i podporządkowanych mu bobrowników.
Jednakże już w XIII wieku zaczęła się zmniejszać liczebność bobra. W XIX stuleciu ten gatunek podobno prawie zupełnie wymarł na ziemiach polskich. Dość powiedzieć, że 1928 roku naliczono się zaledwie 235 sztuk, a tuż po II wojnie światowej tylko 130.
Owszem, na przestrzeni wieków podejmowano zabiegi na rzecz odbudowy populacji bobra, ale na ogół bez większego powodzenia. Dopiero program profesora Żurowskiego, a także podobne inicjatywy na mniejszą skalę,  przyniosły wymierne rezultaty.
Szacuje się, że w 2000 roku w Polsce żyło 18 tys. bobrów. Najwięcej we wschodniej części kraju. Ten ssak-gryzoń obecny jest też w wielu miejscach Mazowsza północnego. Nad Orzycem, Mławką, Wkrą, Łydynią.
Wszędzie narzekają nań rolnicy i melioranci. Ci nie mają wątpliwości, że „trzeba coś z nim zrobić” (jedna rodzina bobrza może siać spustoszenie na dziesiątkach hektarów użytków rolnych). Przeciwko ich argumentom  występują miłośnicy i obrońcy zwierząt. Najzagorzalsze dyskusje toczą się na forach internetowych.
Na terenie Polski bóbr objęty jest częściową ochroną (rozporządzenie ministra środowiska z 2001 roku), co znaczy, że w szczególnych sytuacjach może być wydana zgoda na jego „redukcję” (obejmuje także zabijanie).
Łatwo wyobrazić sobie głosy oburzenia,  jakie  rozległyby się, gdyby podniesiono rękę na to królewskie zwierzę. Zresztą, w jaki sposób ustrzelić bobra? A ilu myśliwych zdecydowałoby się na niego polować?
Tymczasem pojawiają się ogłoszenia specjalistycznych firm. Mogą one – to jedna z ofert – „nie dopuszczać do osiedlania się bobrów tam, gdzie jest to niepożądane”. Tylko kto zapłaciłby za takie usługi?
Może należy wskrzesić urządza pana  bobrowego jego terenowych przedstawicieli - bobrowników?

Jak nie bóbr, to wydra
Przejechałem wzdłuż i wszerz uroczy zakątek Mazowsza, jakim jest dolina górnego Orzyca. Rozmawiałem z wieloma jej mieszkańcami. Nie uważają  bobrów za swoich wrogów. Chcą z nimi żyć w przyjaźni. Ale stawiają warunki.
Mówią mi: - Utrzymujemy się z hodowli bydła i produkcji mleka. Nie należymy do bogatych. Odczuwamy każdą stratę spowodowaną przez bobry. Niech rząd to wreszcie zrozumie.
Bóbr nie jest jedynym szkodnikiem na tym terenie. Kolejne to dzik (niszczy plantacje ziemniaków), lis (rozprzestrzenił się dzięki „szczepieniom doustnym”, z samolotów, i wyjściu z mody futer, trzebi stada w kurnikach i młode zające, roznosi wściekliznę), wydra („oczyszcza” stawy z ryb)…
Jest jeszcze jeden niepożądany - choć domniemany - gość. Ma to być norka amerykańska. Podobno wielkie stado tego gatunku uciekło z fermy na Białorusi (inna wersja mówi, że zostało celowo wypuszczone). Odtąd ma zmierzać na zachód, skutecznie „łowić” ryby oraz likwidować jaja i pisklęta dzikich ptaków. Taką opinię słyszałem w Wieczfni Kościelnej.  
KRZYSZTOF JAKUBOWSKI
Fot. autor, Fot. Kronika Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Mławie

Na zdjęciach:
1. Bobra chwyta asp. szt. Sławomir Marat
2. Widok na Orzyc z mostu w Długokątach

autor: K.Jakubowski

Komentarze Internautów (2)dodaj komentarz

  • Loniek, 2010-05-21 19:05:05
    Legenda Orzyca
    Okolice źródeł Orzyca, to kraina mojego dzieciństwa, mojej młodości...Urodziłem się w Sławogórze Nowej, a podstawówkę kończyłem w Dębsku - w tej samej szko- le, do której zawędrował zabłąkany bóbr, wywieziony przez strażaków na teren pobliskiego bagna (Bagno Niemyje), leżącego u źródeł Orzyca... Na kanwie bajań ludowych, starszych - niestety, już nie- żyjących - ludzi z okolic obu Sławogór (Starej i Nowej) powstała LEGENDA ORZYCA...
  • Longin Żbikowski, 2010-05-24 11:59:38
    LEGENDA ORZYCA
    LEGENDA ORZYCA W tej okolicy, gdzie Sławogóra, Stoi w pobliżu góra ponura. Górą Czarownic ją nazywają, Lub Łysą Górą - i tak bajają: Mieszkała kiedyś tam czarownica, Piękna i zgrabna jak krasawica! Zioła zbierała, ludzi leczyła, Choć czarowała, to złą nie była. A że z czarami się nie zdradzała, To ludziom wszystkim się podobała. Kiedyś na wiosnę czary rzuciła, Aże kochanka se usidliła... A miał na imię kochanek Orzyc... Z nim dom rodzinny chciała założyć. Więc się kochała z nim i pieściła, I kiedyś córkę małą powiła... Lecz szczęście kruche, długo nie trwało, Jak bańka z piany się rozpryskało... Gdy się dowiedział o czarach Orzyc, O przyszłość dziecka zaczął się trwożyć! Zaczął ją błagać, by zaniechała, By czynić czary jednak przestała. Lecz wiedźma młoda była, zuchwała, O niczym takim słuchać nie chciała! Więc zrobił wielką jej awanturę: Postraszył, że jej zabierze córę - Dziecko zabierze, a ją zostawi I... "niech ją ogień piekielny strawi!" Kiedy zielarka to usłyszała, To z przerażenia aże zsiniała! (Widać się mocno o córkę bała, Kochanka również stracić nie chciała…) Więc rzekła szybko pewne zaklęcie, A obróciła na lewej pięcie: „Więc niech się stanie czarcie, Szatanie! W małe źródełko zmień się mój panie! Boś skoro dla mnie źródłem miłości, Dla dziecka będziesz źródłem radości.” I tak nieczysta, diabelska siła Tego Orzyca w źródło zmieniła…. Lecz wiedźma jemu coś obiecała, Gdy odchodziła, tak powiedziała: „Nigdy zaklęcie nie zejdzie samo, Dopóki córka nie wyjdzie za mąż.” A potem wody w usta nabrała I nic córeczce nie powiedziała. Osierocona córeczka mała O losie ojca nic nie wiedziała… Kiedy dziecinka ruczaj odkryła, To dzień w dzień prawie tu przychodziła. Tu się bawiła, tu szczebiotała, Tu śpiewu ptaków leśnych słuchała. Na wianki rwała tu leśne kwiatki: Maki, kaczeńce, chabry i bratki. Tutaj się śmiała, tutaj żaliła, Tu nóżki małe często moczyła… I ruczaj cichy tak pokochała, Że żyć bez niego by nie umiała! Bo „coś” do źródła ją przyciągało, W myśli mąciło, jakby szeptało… Czyżby instynktem dziecka wiedziona Ojcowskie serce czuła tu ona? Często wieczorem pytała matki: „Czemu mateńko ja nie mam tatki?” Wiedźma na oczy wkrótce przejrzała, Krzywdę obojga wnet zrozumiała. I choć Orzyca chciała odmienić, To już niczego nie mogła zmienić! Z żalu wielkiego łzami się zlała, Gdy swoją klątwę tak przypomniała: „Nigdy zaklęcie nie zejdzie samo, Dopóki córka nie wyjdzie za mąż.” Ze wstrętem czary precz odrzuciła, W wodzie święconej cała obmyła Kiedy pobożną potem została, O czarach swoich wnet zapomniała. (Lecz swojej córce nic nie wydała, Bo się jej gniewu słusznego bała.). Ta do ruczaju ciągle ciągnęła, Jako do ojca do niego lgnęła. Z cichym źródełkiem wciąż rozmawiała, Jak ojcu przed nim się spowiadała… Tutaj moczyła brązowe włosy, Tu zaplatała ich ciężkie kosy. Tu co dzień rosła, co dzień piękniała, Tu, w tym źródełku się przeglądała: „Czy jestem piękna-powiedz ruczaju?”- Czasami dziewczę źródła pytało. „Pięknaś i cudna jak wiosna w maju”- Z miłością wielką źródło szemrało… A czas uciekał i dziewczę rosło, Aż na prześliczną pannę wyrosło. A chociaż biedna- biedną nie była, Przecież jej skarbem uroda była! Dowiedział o niej się panicz młody, Szczerego serca, ładnej urody. I gdy się młodzi wkrótce poznali, Miłość dozgonną sobie wyznali… A do źródełka co dzień chodzili, Tam rozmawiali, tam się cieszyli… Świadkiem ich szczęścia źródełko było, Co dzień czekało na nich, tęskniło. Ale nie długo idylla trwała, Wkrótce ich miłość wszak się wydała! Donieśli ludzie ojcu, szlachciurze, Co panem dworu był w Sławogórze. Myślał on syna z inną ożenić I nie zamierzał planów swych zmienić! Zatem dziewczynę pojmać rozkazał, Potem torturom poddać ją kazał: Najpierw wychłostać, potem udusić I tak zhańbioną do źródła wrzucić… Wychłostać każe też swego syna, By „wyleciała z głowy” dziewczyna. Ten ośmieszony i umęczony Złorzeczy ojcu- chłopak szalony… Później się topi w źródle z rozpaczy, Że swej najmilszej już nie zobaczy… (Starego dziada nic to nie wzrusza, Siedzi w nim zimna, przewrotna dusza. Ni jednej łezki on nie uronił, Choć życie syna zniszczył, roztrwonił…) Ale źródełko małe załkało, Gdy tę okrutną zbrodnię ujrzało! Z bólu ściemniało i zaszlochało, O krzywdę wszystkich się upomniało! Taka w nim zaszła wielka przemiana, Jakoby pękła wodnista ściana… Z małego wielkie wnet się zrobiło I wszystkim nagle spokój zburzyło. Źródło ryknęło i wybuchnęło, Na okolicę wodą plunęło! I chyba wody wylało sporo, Bo utworzyło wielkie jezioro, Które rozlało się dookoła, Zalało łąki, zalało pola… I w dół się co dzień bardziej rozlewa, Zatapia domy, podmywa drzewa. Potem zniszczyło dworski dobytek, Gdzie królowały zbrodnia i zbytek. W topieli giną konie i ludzie! Wszyscy się topią, marzą o cudzie. Choć ludzie szybko wnet się zwołali, Dzień cały źródło zasypywali, To wciąż niczego nie rozumieli- Wody zatrzymać też nie umieli… Matka dziewczyny z żalu szalała, Włosy na głowie swej wyrywała! Z bólu zsiwiała i postarzała- Przyczynę gniewu źródła wiedziała… Ludzi zwołała i zgromadziła I do kościoła iść doradziła. Więc do kościoła w Wieczfni jechali I drzwi żelazne stamtąd zabrali, I tymi drzwiami źródło przykryli, I tak źródełko uspokoili… Od tego czasu szaleć przestało, Tylko przez dziurkę się wylewało, Przez dziurkę małą, dziurkę od klucza- Tak uciszyli ten smutny ruczaj. Lecz tyle wody zdołał namnożyć, Że powstał potem z niej długi Orzyc. Bólem stargany w dal on odpłynął, Aż za borami wielkimi zginął… W miejscu, gdzie kiedyś źródło wylało „Bagno Niemyje” później powstało. Łosie i bobry, dziki tam siedzą, Cietrzewie pączki na brzozach jedzą… A z ciał kochanków torfy powstały- Z żaru miłości ciepło dawały… Od tego czasu torf ten brązowy Ogrzewał ludzkie izby, alkowy… Longin Żbikowski Ostrołęka, 19 styczeń 1992 r.