Tygodnik Ciechanowski

Niedziela, 20 października 2019

Każdemu według zasług

W piątek jedenastego października minister Cegieła obudził się nieco później niż zwykle. Przeciągnąwszy się z błogością, westchnął następnie głęboko, aby jak co rano dotlenić swoje narzędzie pracy, czyli mózg. Wtedy to poczuł. Coś mu przeszkadzało, rozdrażniało na ciele i na duchu, rzucało jakiś niewyraźny cień, chociaż za oknem wstał już piękny, złocisty dzionek.

Minister stęknął i zakwękał, szukając źródła tego dyskomfortu. Czuł się tak, jakby uwierał go w tyłek ostry okruch na prześcieradle albo jakby jakaś nieduża zadra w sercu obudziła się wraz z nim i teraz rosła. Pomacał się tu i ówdzie, nie znajdując wyjaśnienia. Może śnił mi się jakiś koszmar – pomyślał. Sen mara, bóg wiara – pocieszył się, naciągając gacie.

Pragnąc poczuć się lepiej, pogłaskał z czułością swoje ego, ale kiepski nastrój nie chciał go opuścić.

Na domiar złego nadepnął sobie na odcisk lewej stopy i zasyczał przez zęby, spoczywające jeszcze w szklance na nocnym stoliku.

I nagle, w jaskrawym rozbłysku pamięci, powróciły doń wczorajsze udręki ducha i zrozumiał, że może poczuć się już tylko gorzej. To nie był koszmarny sen. Ona naprawdę dostała literackiego Nobla, ta Tokarczuk, czy jak jej tam.

Minister poczuł, że robi mu się słabo na myśl, że będzie musiał przeczytać te wszystkie książki, które – jak na jego gust – w ogóle się do czytania nie nadają. Raz, że trudne w słowach. Dwa, że nudne. Trzy, że nie wiadomo o czym, ale pewne jest, że obrażają uczucia patriotyczne, religijne i w ogóle wszystkie uczucia, jakie można mieć, będąc prawdziwym Polakiem.

Trudno – westchnął Cegieła i uronił łzę. To będzie długa, trudna i ponura jesień. Odchrząknął, skrzyżował palce i zaczął ćwiczyć znienawidzoną frazę:
– Jesteśmy dumni z naszej polskiej noblistki.
Tfu, tfu, tfu – splunął przez lewe ramię.

***
– To powinno dostać Nobla – powiedziałam do Krzyśka gdzieś w połowie czwartego rozdziału. Akurat zaczęłam czytać „Biskup Sołtyk pisze list do nuncjusza papieskiego”. Biskup Kajetan Sołtyk zastawił swoje biskupie insygnia u żytomierskich Żydów, żeby spłacić karciane długi. Teraz szuka rozwiązania swojego problemu. Jeszcze nie wiem, do czego może się posunąć zdesperowany pasterz-hazardzista. Ale czuję niepokój. Coś się rodzi, coś niedobrego czai się wśród zwyczajnych słów…

Czasem tak jest, że czytasz i po prostu wiesz, że czytasz coś wyjątkowego. Tak było z „Księgami Jakubowymi”.

Wcześniej pochłonęłam ze smakiem „Matkę Makrynę” Dehnela i myślałam, że dłuuuugo przyjdzie mi czekać na równie obfitą ucztę literacką.

Ale zaraz pokazała się nowa Tokarczuk i przepadłam dla świata na dłużej. Pełny tytuł tej powieści brzmi „Księgi Jakubowe albo Wielka podróż przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych”.

To była naprawdę długa i daleka podróż, z której wróciłam mądrzejsza.

***
Ledwie wybrzmiały prorocze słowa genseka Kaczyńskiego o piętnowaniu nieprawomyślnych elit, a już czołowa tych elit przedstawicielka została napiętnowana przez Akademię Szwedzką.
Nic bowiem nie dzieje się ot tak sobie, chociaż wiele zdarzeń udaje przypadek dla zabawy.

No cóż, zdarza się. Jak zwykle nie w porę i nie temu, komu by się życzyło, i nie tak, jak chciałoby się, żeby było.

Jest to jednak rozdanie prawe i sprawiedliwe, ze wszech miar adekwatne do zasług i osobniczego etapu rozwojowego:
Pan Kaczyński za swoje wystąpienie w Sosnowcu otrzymał czekoladowy pistolet, a Olga Tokarczuk za swoje pisanie – literacką Nagrodę Nobla.

Każdemu według zasług.

ANNA MARIA NOWAKOWSKA

Zdziwój Nowy: 15 października 2019 r.

Więcej felietonów