Tygodnik Ciechanowski

Wtorek, 21 stycznia 2020

Krótka historia ze szczęśliwym zakończeniem

Ta para żyć bez siebie nie chce i nie potrafi. Dobrze im razem, choć życie nie jest łatwe i zawsze dokucza jakiś ból, jakiś problem zgrzyta. Kto tego nie doświadczył, niech pierwszy rzuci kamień.

Albo napisze skargę.

Edward skończył osiemdziesiątkę, Eliza zaś jest po trzydziestce. Lecz niech was to nie gorszy; tak naprawdę oboje są w wieku podeszłym.
Człowiek i koń.

Razem od trzydziestu lat.

Eliza ma mądre oczy i lubi chrupać marchewkę. Dla konia starość nie radość, chyba, że ma się kochającego opiekuna.

Edward stopniowo głuchnie, niewiele już słyszy. Serce mu osłabił zawał. Na domiar złego może się posługiwać tylko jedną ręką. Drugą prawie unieruchomił przebyty udar.
Dla człowieka starość nie radość, więc dobrze mieć bratnią duszę, choćby i końską. A przecież konie potrafią szczerze kochać swoimi wielkimi sercami!

Codzienność, zwłaszcza gdy dni są zimne i krótkie, bywa trudna. Komu jest zawsze łatwo, niech pierwszy rzuci kamień albo napisze skargę.

Jedną ręką trudno dobrze zadbać o końską sierść, kto z końmi miał do czynienia, ten wie, że czyszczenie zwierzęcia wymaga siły i sprawności.

Ale na sąsiadów zawsze można liczyć, prawda?

Sąsiedzi Edwarda nie zawiedli.

Widok zaniedbanej Elizy tak ich do głębi poruszył, że napisali na seniora skargę do obrońców praw zwierząt. Krótko i zwięźle: żeby konia człowiekowi zabrać, bo człowiek niewydolny opiekuńczo i zwierzę cierpi.

Cóż, widać tak właśnie dobrzy ludzie wyobrażają sobie pomoc.

Wejść, zabrać, wyjść.

Dobrzy ludzie, którzy nie mają sobie nic do zarzucenia; wszak wpłacają na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. I na taką czy inną fundację. Dają na tacę. Przejmują się płonąca Australią, głodującymi dziećmi Afryki i zmianami klimatu.

Dobrzy ludzie czujnie skanują wzrokiem otoczenie, czy jakiemuś stworzeniu nie dzieje się krzywda, bo jeśli się dzieje, to od tego są przecież różne służby, żeby coś zrobić.
Czyli wejść, zabrać i wyjść.
Zgodnie z procedurą.

– Ja myślałem, że umieram z tego, że chcą mi Elizę odebrać – wyznał starszy pan.

To nie była taka tam retoryczna fraza. Ludzie czasem mówią, „umarłbym, gdyby to czy tamto”. Jednak gdy to czy tamto się zdarza, jakoś zazwyczaj dalej żyją.

Myślę, że pan Edward umarłby naprawdę.

Umarłby naprawdę z żalu i tęsknoty.

Ale oto stał się cud.

Tam, gdzie procedury ustępują miejsca współczującej życzliwości, trzeba węszyć cud, bo to się dzieje wyjątkowo rzadko. A skoro już się gdzieś taki cud wydarzy, trzeba go oprawić w ramki, opatentować i napisać o tym felieton.

Nie żartuję. Ile razy słyszeliście odpowiedź „takie są procedury” albo „zgodnie z przepisami należy”?

Gdyby inspektorzy postąpili zgodnie z obowiązującymi procedurami, to zabraliby Elizę. Dokładnie tak, jak sobie wyobrazili „życzliwi” autorzy skargi. Owi dobrzy ludzie, którzy współczując zwierzęciu, nie dostrzegli człowieka.

Obrońcy zwierząt z Fundacji Viva! spojrzeli uważniej i bez uprzedzeń. Zobaczyli coś bardzo cennego: wieloletnią, serdeczną więź.

Zobaczyli starego konia i starego mężczyznę, potrzebujących pomocy a nie sankcji.

I ruszył wspaniały łańcuszek wsparcia. Znalazły się sprawne, młode ręce do wyczyszczenia końskiej sierści. I wartościowe jedzenie dla Elizy. Wiecie, takie proste, oczywiste rzeczy, które mogły się wydarzyć tylko dlatego, że tam, gdzie jedni widzieli karygodne zaniedbanie, inni ujrzeli okazję czynienia dobra.

Pod opisem tej historii jakiś internauta umieścił komentarz „łatwiej napisać donos niż ruszyć cztery litery i pomóc”.

Ta uwaga dotyczy oczywiście autorów skargi, czyli sąsiadów. Szczerze mówiąc, też tak sobie myślę i myślę, dlaczego – mając przecież wybór – ludzie wolą osądzać i karać niż pomagać.

Czy dlatego, że tak jest wygodniej, szybciej i łatwiej poczuć się dobrym człowiekiem?

ANNA MARIA NOWAKOWSKA

Zdziwój Nowy, 14 stycznia 2020 r.

Więcej felietonów